Wysokie ceny na rynku wtórnym

W największych miastach lokale na rynku wtórnym sprzedają się jak świeże bułeczki. Kupującym nie przeszkadzają ich zawrotne ceny, które w niektórych lokalizacjach przekroczyły już 10 tys. zł za metr kwadratowy.

Ceny transakcyjne wzrosły we wszystkich dzielnicach Warszawy. Średnio w tym mieście za metr kwadratowy mieszkania na rynku wtórnym trzeba zapłacić 9,3 tys. zł, w Śródmieściu natomiast powyżej 12 tys. zł. Dane te przedstawił w raporcie SonarHome.

Podatek bankowy a ceny nieruchomości

fot. Adam88x/bigstockphoto.com

Najwięcej cały czas kupujący płacą w Warszawie. Już w pięciu stołecznych dzielnicach trzeba zapłacić za metr kwadratowy powyżej 10 tys. zł. W raporcie przeanalizowano ile więc kosztuje mieszkanie w tym mieście o powierzchni 55 i 70 mkw. W pierwszym przypadku średnia cena transakcyjna wynosiła niecałe 500 tys. zł. Większe mieszkanie kosztuje średnio 618 tys. zł. Przy czym trzeba zaznaczyć, ze cena w poszczególnych dzielnicach, zarówno przy lokalach pięćdziesięciu jak i siedemdziesięciometrowych, może wynosić nawet 100%.

Co pocieszające dla kupujących, eksperci SonarHome zauważają, że po przekroczeniu progu 9 tys. zł. maleje dynamika wzrostu. Z drugiej strony na razie wzrosty te się nie zatrzymują, a sprzedający często podnoszą ceny nawet już po wystawieniu oferty. Szukają kupca, który po prostu da więcej.

Wzrosty cen mieszkań z drugiej ręki odnotowano w każdym większym mieście. W Gdańsku obecnie wynoszą ponad 8 tys. zł za metr kwadratowy, w Krakowie 7,4 tys. zł/mkw., w Poznaniu 6,4 tys. zł/mkw., we Wrocławiu natomiast 7,3 tys. zł./mkw.

Z czego to wynika? Przede wszystkim z ograniczonej dostępności lokali w najlepszych miejskich lokalizacjach. Pozostało tam już niewiele gruntów, na których mogą budować deweloperzy, a jeśli już takie się trafią, ceny mieszkań także przekraczają 10 tys. zł/mkw. Mieszkania na rynku wtórnym mają tę przewagę nad rynkiem pierwotnym, że położone są w lepszej lokalizacji, w dzielnicach z rozwiniętą już infrastrukturą, z dobrym dostępem do komunikacji, punktów usługowych, szkół, czy przychodni. Są to lokale w atrakcyjnych częściach miast, jak starówki, centra, czy z widokiem na morze, gdzie brak już gruntów pod nowe inwestycje. Z tego powodu kupujący są w stanie za nie dużo zapłacić.

Taki wzrost cen powoduje, że niektórzy obawiają się, że rynek zbliża się do momentu, w którym nastąpi pęknięcie bańki i załamanie, tym bardziej, że ceny nieruchomości są obecnie wyższe niż w latach 2008-2009, kiedy to po okresie hossy nastąpił krach. Eksperci uspakajają jednak, że biorąc pod uwagę obecną wysokość wynagrodzeń, to stosunek zarobków do cen nieruchomości jest lepszy niż w tamtym okresie. Oznacza to, że przy dzisiejszych zarobkach możemy kupić więcej metrów kwadratowych niż w 2008.

Jeśli warunki gospodarcze nadal będą sprzyjające, a wynagrodzenia będą rosły, możemy się spodziewać dalszego wzrostu cen nieruchomości. Sytuacja taka będzie trwała tak długo, jak długo popyt będzie wyprzedzał podaż. Ile to potrwa, nie wiadomo.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.